4 miesiąc czas zacząć! :)
oj tak - znów nam miesiąc niespodziewanie szybko minął!
Jednak zamiast świętować i pozować do comiesięcznego zdjęcia z misiem (sprawdzającego tempo wzrostu i zmian ;) ) Hania śpi od wczoraj godz. ok. 21:00 do teraz z króciutkimi przerwami jedynie na jedzenie lub zawołanie smoka. Oto efekt wczorajszego szczepienia... niby zdarzają się właśnie takie skutki uboczne, ale żal jej strasznie. Dobrze, że chociaż temperatura, która wynosiła nawet 38 st. już się obniżyła.
Ale jak to mówią "co nas nie zabije, to nas wzmocni", czego zapewne przejawem są krótkie uśmiechy do mamy w tych kilku chwilach, kiedy się budzi :)
Mała Hania rośnie jak na drożdżach - waży 6020 g, obwód głowy i klatki 40 cm, wzrost pewnie ok 70 cm (gdzieś pomiędzy rozmiarami na 62 a 68). Potrafi już łapać zabawki, które momentalnie lądują w jej buzi, tak jak ręce rodziców i jej własne, ciuszki, pieluszki, itp. Potrafi już baaaaardzo długo trzymać główkę uniesioną gdy leży na brzuszku, aż do momentu kiedy jej się nie chce już tak leżeć i wtedy zapiera się głową o podłoże i wierzga nóżkami ;) Potrafi także (tylko jak? - tego jeszcze nikt nie zauważył) przemieszczać się z maty poza matę, kiedy "zapracowany" rodzic nie patrzy. Gurzy, śmieje się, wzdycha, prycha i ślini, bo rozpoczęła się poważna produkcja zębów :D Nie lubi już być noszona w pozycji fasolki, gdyż stała się małym obserwatorem i obecnie istnieje jedyna słuszna, asymetryczna pozycja - przodem do otoczenia z ręką przygotowaną do "przyłożenia żółwika". W nocy śpi nadal z jedną pobudką na jedzonko, do którego już sama potrafi się przekręcić z plecków na boczek! :) Lubi przebywać w towarzystwie i często wymaga atencji, poprzez piski, krzyki i wołania, zwieńczone pięknym, pełnym uśmiechem w momencie pojawienia się kogoś dorosłego na horyzoncie.
Kocha piosenki - może będzie muzykalna po rodzicach? :) Lubi kiedy jej się śpiewa przy każdej okazji (i bez okazji), kocha dźwięk gitary, który pomaga na mały i większy smutek...
Taka w wieeeeelkim skrócie jest nasza już 3 miesięczna Hania, którą autorka tego posta nie może się nadziwić i którą każdego dnia razem z jej tatą podziwia i komentuje: "jaka ona słodka!" :)
(23 sierpnia 2012)
Mimo prognozowanego porodu przed terminem Hania kazała nam na siebie czekać do 19 lipca 2012 roku 
Do szpitala trafiłam już w sb 14 lipca na wywołanie porodu za pomocą oksytocyny, które mimo moich największych nadziei i pozytywnej adrenaliny od rana tamtego dnia, że w końcu ujrzymy córkę, nic nie przyniosło. Historia (bez już większych nadziei z mojej strony) powtórzyła się w poniedziałek po niedzieli leżenia brzuchem do góry oraz we wtorek przy innej metodzie oraz w środę aż do wieczora. Pełna złości i pragnienia, żeby w końcu zrobili mi cesarskie cięcie a nie męczyli kroplówkami i tekstami: „piękne skurcze, chyba będzie dziś pani rodziła” z rezygnacją i nowym lękiem udałam się za poleceniem lekarzy z patologii ciąży na porodówkę. O 19.30 przekłuli mi pęcherz płodowy i podali kolejną kroplówkę a o 2.45 po wykańczających bólach krzyżowych i hardcorowej podróży wózkiem inwalidzkim na sam dół szpitala na USG urodziła się Hania
W tym to właśnie momencie, jak to mówią kobiety doświadczone w tych sprawach, rzeczywiście wszystkie bóle ustały i już nic nie było ważniejsze od słodkiego ciężaru (3.780 kg) na moich piersiach, długich czarnych włosków, przerażonych wielkich oczu i szukających maminego mleka usteczek. Świat stanął na głowie i byliśmy już tylko ja, Michał i Mała Hania.
Do szpitala trafiłam już w sb 14 lipca na wywołanie porodu za pomocą oksytocyny, które mimo moich największych nadziei i pozytywnej adrenaliny od rana tamtego dnia, że w końcu ujrzymy córkę, nic nie przyniosło. Historia (bez już większych nadziei z mojej strony) powtórzyła się w poniedziałek po niedzieli leżenia brzuchem do góry oraz we wtorek przy innej metodzie oraz w środę aż do wieczora. Pełna złości i pragnienia, żeby w końcu zrobili mi cesarskie cięcie a nie męczyli kroplówkami i tekstami: „piękne skurcze, chyba będzie dziś pani rodziła” z rezygnacją i nowym lękiem udałam się za poleceniem lekarzy z patologii ciąży na porodówkę. O 19.30 przekłuli mi pęcherz płodowy i podali kolejną kroplówkę a o 2.45 po wykańczających bólach krzyżowych i hardcorowej podróży wózkiem inwalidzkim na sam dół szpitala na USG urodziła się Hania
Kolejne dni były jednak dość nerwowe z powodu rozłąki i licznych kłuć, badań, itp., podczas pobytu Małej na noworodkach na antybiotykoterapii z powodu zakażenia. Ze szpitala wyszłyśmy 6 dni po porodzie. Od razu po drodze do mieszkania zgarnęliśmy, siedzącą do tej pory jak na szpilkach w Wielkopolsce, zakochaną po uszy we wnuczce babcię, która przyszła nam z pomocą w tamtych dniach. Zjechali się liczni goście, którzy podziwiali Hanie z każdej strony i było duuuuużo radości.
Ta radość trwa każdego dnia, z małymi przerwami na kolki, które naszą Hanusię niemiłosiernie męczą. Dodatkowo przypałętała się skaza białkowa, więc mama musi być na okropnej diecie bez mleczka, kakałka, masełka, sosików ze śmietanką i innych pyszności – ale czego nie robi się dla dziecka
)
Dopiero teraz zdaję sobie sprawę ile rzeczy wzdyma, bo oprócz nabiału zakaz jest jedzenia wszelkich powodujących bąbelki w małym brzuszku rarytasów, a także wszelkich możliwych uczulaczy jak pomidory, truskawki, itd.
Po niecałym miesiącu życia Hania pojechała z rewizytą do babci z Wielkopolski, gdzie zwiedziła Poznań i inne okolice pyrlandii. Każdego dnia poznaje nowe miejsca i rozwija swoje umiejętności. Główkę trzyma dzielnie w górze już od pierwszych dni, teraz pojawiły się pierwsze uśmiechy, a nawet próby gaworzenia. Dziś mija 5 tydzień pobytu Hani poza brzuchem i wszystko byłoby wręcz idealne, gdyby nie te kolki – teraz zaś, przynajmniej jest to wszystko realne 




