niedziela, 19 stycznia 2014

szczyt spóźniania się i sankowe przygody

Wszyscy na przysłowiowe "hurra" polecieli z pociechami na sanki. W końcu sypnęło, więc pobiegliśmy i my (wczoraj). 

Powiem tak: łatwo nie było, bo dzieci jakieś takie nagle pro-domowe się zrobiły i ruszyć nie chciały. Hania wywaliła całą półkę książek na ziemię i zaczęła je pilnie studiować, a Jasiek protestował przeciwko wciągnięciu go do kombinezonu. Namowy, prośby, zachwalania aury zimowej - "nie" - brzmiała odpowiedź. 
Ale - jakimś cudem się udało :)
Janek jeszcze chwilę pomarudził i zasnął, a Hanka złapała bakcyla i pokrzykiwała "goń, goń!", mając na celu przyspieszenie konia pociągowego, za którego robił raz jeden, raz drugi rodzic. 

A teraz wyjaśniam, o co chodzi w pierwszej części tytułu posta. 
Skoro mieszkamy skok od morza, to postanowiliśmy je w końcu odwiedzić :D Okolica piękna, Park Narodowy Płyta Redłowska pod nosem, więc my hop z wózkiem i sankami do tego parku i idziemy. Szliśmy i szliśmy i nie wiedzieliśmy dokładnie gdzie idziemy, bo GPS nam pokazywał, że właśnie znajdujemy się na drodze morskiej gdzieś pomiędzy Helem, a Gdańskiem. Idziemy i idziemy i nie wiemy gdzie to morze.* Mąż uspakaja - gdzieś przecież dojdziemy. Ja coraz bardziej niespokojna, przecież gości mamy zaproszonych na ciasto. Tak więc od słowa do słowa nasza rozmowa się toczyła, a efekt jej był taki, że mąż mój poczuł potrzebę dopytania, na którą w końcu to owi goście są zaproszeni, ja mu na to, że na 15:00 przecież, on mi na to JAK TO NA 15:00 JAK JUŻ PRAWIE JEST 15:00, ja mu na to, że przecież do 3 osób przy nim dzwoniłam i zapraszałam na 15:00, a on mi na to - ZAWRACAMY NA DROGĘ Z KTÓREJ PRZYSZLIŚMY. Na tym etapie Hanka miała już wymięk totalny, my też, więc dostała smoka, pędziliśmy na złamanie karku po górach, dolinach, próbując zgadnąć jak tu najszybciej do tego domu, bo jedni goście już dają znać, że pod blokiem czyhają. Hania może by i zasnęła ukojona swoim narkotykiem w postaci smoka, (z którym to trzeba w końcu ostatecznie się pożegnać, tylko matka za mało odważna), jednak przeszkodził jej fakt (niegroźnego na szczęście) upadku z sanek, prosto w drewnianą belkę płotu...
Ech. 
Tak więc dalej pędziliśmy z Hanką, sankami, kocem na rękach i Jankiem w wózku, który otworzył już oczy i patrzył ze zdziwieniem na czerwoną z wysiłku i pośpiechu twarz pchającej go matki. 
Kiedy dotarliśmy na miejsce teść mój oznajmił nam (znanym NIESTETY ze spóźnialstwa), że dokonaliśmy mistrzostwa świata i właśnie spóźniliśmy się do siebie na kawę :)

*Pewien pan, spotkany podczas pędu powrotnego i dopytywany o drogę, oznajmił nam, że jesteśmy 5 minut spacerem od morza. Cóż... Może innym razem będzie nam dane je zobaczyć...








W pewnej chwili Hania odkryła, że może wychylić się do tyłu na sankach i podziwiać pięknie ośnieżone gałęzie drzew. Była zachwycona!


2 komentarze:

  1. najważniejsze, że goście źli nie byli, a Wy mieliście śmieszną przygodę. :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Zapraszam do mnie, do porodu coraz bliżej! Strach coraz większy ...
    Sprawdź sama!
    http://stormofhormones.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń